Posty

Wyświetlanie postów z czerwiec, 2026

Początkowo rozwijał się prawidłowo.

Antek urodził się w 2016 roku. Początkowo rozwijał się prawidłowo. W wieku około dwóch lat moja mama zauważyła, że Antek nie reaguje na swoje imię, nie patrzy w oczy i że mało mówi. To ją zaniepokoiło. Antek chodził do żłobka i Panie opiekunki sugerowały, że powinnam go zdiagnozować. Udałam się do psychologa, jednak nie zauważył niczego niepokojącego. Otrzymywałam sygnały z przedszkola, że Antek jest bardzo ruchliwy, że nie może usiedzieć w miejscu, w domu też tak było - wszędzie go było pełno. Kiedy uciekł z przedszkola i wybiegł Paniom na ulicę został stamtąd wydalony. W domu bardzo często mi uciekał… raz, kiedy poszłam zrobić mu kanapkę do domu i wróciłam, to już go nie było. Uciekł sam do bawialni...   Kiedy Antek miał trzy latka zaczęłam go diagnozować - psychiatra dziecięcy wydał diagnozę autyzmu. Jeździliśmy do logopedy, miał zajęcia wspierające z pedagogiem w domu, chodziliśmy - i chodzimy nadal na basen i obecnie na fizjoterapię. Funkcjonowanie Antka poprawiło się, ale...

Był zimowy wieczór.

  Początek roku 2018. Oglądając wiadomości, zobaczyłam krótki reportaż o chłopcu, który szuka domu, o Hubercie. Śliczny, uśmiechnięty 3 letni chłopiec, który całe swoje dotychczasowe życie spędził w szpitalu. Urodzony w ciężkiej zamartwicy w 8 miesiącu ciąży, poddany operacji kardiologicznej, operacji resekcji jelit, żywiony pozajelitowo 24h dobę, reanimowany, intubowany. Samotny w szpitalnym łóżeczku. Ta jego samotność w cierpieniu najbardziej mnie bolała. Gdy później czytałam karty pobytów szpitalnych to w tym całym nieszczęściu choroby i samotności widziałam cudowną siłę Opatrzności czuwającą nad nim. Bóg otulał go swoją miłością i podtrzymywał przy życiu. A Hubert roztaczał swój niezwykły urok dookoła, dając ludziom wiele radości. Nie nosiłam go pod sercem, nie urodziłam, nie czuwałam, gdy był chory w pierwszych latach życia, nie tuliłam, gdy płakał. Aż do tego dnia, kiedy urodził się w moim sercu. Wtedy w ten zimowy wieczór przemknęła mi nieśmiało myśl, że może nasz dom to w...

Jestem mamą, choć lekarze mówili, że nigdy nią nie będę.

  Przez lata żyłam z diagnozą, która odbierała nadzieję. Każdy kolejny miesiąc przynosił łzy, rozczarowanie i pytanie: „Dlaczego?”. A jednak los postanowił napisać dla mnie zupełnie inny scenariusz. Po sześciu latach walki, modlitw, nadziei i strachu zostałam mamą. Na świat miała przyjść moja wymarzona córka — Daria. Od samego początku ciąża była bardzo wysokiego ryzyka. Każdy dzień był walką o jej życie i zdrowie. Strach mieszał się ze szczęściem. Bałam się cieszyć za bardzo, żeby los nie odebrał mi tego cudu. Każda wizyta u lekarza, każde badanie i każdy kolejny tydzień ciąży były jak małe zwycięstwo. Ktoś jednak nad nami czuwał. Daria przyszła na świat w 38 tygodniu ciąży przez cesarskie cięcie. Otrzymała 10 punktów w skali Apgar. Miała zaledwie 49 centymetrów i ważyła 2050 gramów. Była maleńka — wielkości poduszki Jaśka. Kiedy po raz pierwszy wzięłam ją na ręce, nie mogłam uwierzyć, że to moje dziecko. Moje wyczekane, wymodlone szczęście. Po czterech dniach wyszłyśmy ze szpi...