Był zimowy wieczór.
Początek
roku 2018. Oglądając wiadomości, zobaczyłam krótki reportaż o chłopcu, który
szuka domu, o Hubercie. Śliczny, uśmiechnięty 3 letni chłopiec, który całe
swoje dotychczasowe życie spędził w szpitalu. Urodzony w ciężkiej zamartwicy w
8 miesiącu ciąży, poddany operacji kardiologicznej, operacji resekcji jelit, żywiony
pozajelitowo 24h dobę, reanimowany, intubowany. Samotny w szpitalnym łóżeczku. Ta
jego samotność
w cierpieniu najbardziej mnie bolała. Gdy później czytałam karty pobytów
szpitalnych
to w tym całym nieszczęściu choroby i samotności widziałam cudowną siłę
Opatrzności czuwającą nad nim. Bóg otulał go swoją miłością i podtrzymywał przy
życiu. A Hubert roztaczał swój niezwykły urok dookoła, dając ludziom wiele radości.
Nie nosiłam go pod sercem, nie urodziłam, nie czuwałam, gdy był chory w
pierwszych latach życia, nie tuliłam, gdy płakał. Aż do tego dnia, kiedy
urodził się w moim sercu. Wtedy w ten zimowy wieczór przemknęła mi nieśmiało
myśl, że może nasz dom to właśnie jest ten dom, którego Hubert szuka. Może
zrobimy remont, kupimy meble i będziemy jego rodzicami. Myśl z nieśmiałej stała
się natrętna i nie dawała spokoju. Powiedziałam mężowi. Długo rozmawialiśmy,
spieraliśmy się, modlili. I pewnego dnia mąż zdecydował, że chce jechać do Warszawy
poznać osobiście Huberta. To był przełom. Pierwsze spotkanie pełne leku, niepewności
i miłości
od pierwszego wejrzenia, czułości rąk taty. Wracając do domu już wiedzieliśmy,
że Hubert
to nasz ukochany synek, że chcemy aby był częścią naszej rodziny, że chcemy go
adoptować. Hubert pokazał nam, że niepełnosprawności nie trzeba się bać, że
można z życia czerpać garściami iść swoim tempem do przodu i nie poddawać się w
trudnościach.
Mama Huberta
Komentarze
Prześlij komentarz