Jestem mamą, choć lekarze mówili, że nigdy nią nie będę.
Przez
lata żyłam z diagnozą, która odbierała nadzieję. Każdy kolejny miesiąc
przynosił łzy, rozczarowanie i pytanie: „Dlaczego?”.
A jednak los postanowił napisać dla mnie zupełnie inny scenariusz. Po sześciu
latach walki, modlitw, nadziei i strachu zostałam mamą. Na świat miała przyjść
moja wymarzona córka — Daria. Od samego początku ciąża była bardzo wysokiego
ryzyka. Każdy dzień był walką o jej życie i zdrowie. Strach mieszał się ze
szczęściem. Bałam się cieszyć za bardzo, żeby los nie odebrał mi tego cudu.
Każda wizyta u lekarza, każde badanie i każdy kolejny tydzień ciąży były jak
małe zwycięstwo. Ktoś jednak nad nami czuwał.
Daria
przyszła na świat w 38 tygodniu ciąży przez cesarskie cięcie. Otrzymała 10
punktów w skali Apgar. Miała zaledwie 49 centymetrów i ważyła 2050 gramów. Była
maleńka — wielkości poduszki Jaśka. Kiedy po raz pierwszy wzięłam ją na ręce,
nie mogłam uwierzyć, że to moje dziecko. Moje wyczekane, wymodlone szczęście. Po
czterech dniach wyszłyśmy ze szpitala. Oprócz ogromnej radości dostałyśmy
również skierowanie do poradni wczesnej interwencji w Potoku z powodu niskiej
masy urodzeniowej. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo nasze życie się
zmieni.
Pierwsze
miesiące były spokojne. Daria rosła i rozwijała się prawidłowo. Szybko
nadrobiła wagę i wzrost. Lekarze uspokajali nas, że wszystko jest dobrze. Była
pogodnym, uśmiechniętym dzieckiem. Kochała bliskość, śmiała się i patrzyła na
świat z dziecięcą radością. Do około 14 miesiąca życia nic nie budziło
niepokoju. Potem powoli zaczęło się coś zmieniać. Najpierw były to drobiazgi.
Małe sygnały, których jako mama nie umiałam jeszcze nazwać. Około 20 miesiąca
życia moja wesoła córeczka zaczęła się wycofywać. Coraz mniej się uśmiechała.
Jej spojrzenie stało się inne — jakby była gdzieś daleko. Zmienił się sposób
zabawy, zachowanie, reakcje na ludzi. Zaczęła tracić mowę. Z czasem mówiła
coraz mniej,
aż prawie przestała. Pojawiły się schematy i lęki. Nie chciała chodzić w nowe
miejsca. Wybierała tylko konkretne trasy i miejsca. Każda zmiana kończyła się
krzykiem, złością
i ogromnym napięciem. Nie tolerowała większej liczby ludzi. Potrafiła rzucać
się na podłogę, piszczeć, uderzać się po głowie albo bić głową o ścianę.
Dziś
wiem, że jej świat był wtedy pełen chaosu i przeciążenia.
Wtedy
jednak byłam po prostu przerażoną mamą, która nie rozumiała, co dzieje się z
jej dzieckiem. Mówiłam o tym lekarzowi pediatrze, ale słyszałam: „To taki wiek”.,
„Wyrośnie z tego”., „Niektóre dzieci rozwijają się wolniej”. Jedynie brak mowy
go zaniepokoił, dlatego trafiłyśmy do logopedy. Jednak podczas wizyt Daria
wpadała w napady złości, nie chciała współpracować, nie była w stanie spokojnie
usiedzieć. Usłyszeliśmy, żeby wrócić wtedy, kiedy dziecko będzie spokojniejsze.
W tamtym czasie dowiedziałam się również, że jestem w drugiej ciąży. I znów
była to ciąża zagrożona. Byłam zmęczona psychicznie i fizycznie, rozdarta
między szpitalem, strachem o kolejne dziecko i niepokojem o Darię. Na szczęście
nie byłam sama. Miałam obok siebie męża i kobietę, która stała się dla mnie
kimś więcej niż teściową. Moją drugą mamą. To właśnie ona zaczęła zauważać, że
zachowania Darii nie są zwykłym buntem czy „takim wiekiem”. Pewnego dnia
znalazła w gazecie kościelnej artykuł o autyzmie. Czytaliśmy go razem i czułam,
jak serce zaczyna bić mi coraz mocniej. Każde zdanie było o moim dziecku. Każde
zachowanie pasowało do Darii. Od tamtego momentu rozpoczęła się nasza droga po
diagnozę. Najpierw trafiłyśmy do Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej. Tam po
raz pierwszy usłyszeliśmy słowo „autyzm”. Potem była konsultacja
psychiatryczna, kolejne badania i ostateczna diagnoza. Pamiętam ten moment do
dziś. Diagnoza boli. Nawet jeśli gdzieś w środku już się jej spodziewasz. W
jednej chwili świat się zatrzymuje.
Pojawia się lęk
o przyszłość, tysiące pytań i poczucie bezradności. Razem z diagnozą dostałam też coś bardzo ważnego - kierunek
działania. Wiedziałam już, o co walczymy. Daria rozpoczęła wczesne wspomaganie
rozwoju i poszła do przedszkola jeszcze przed ukończeniem trzeciego roku życia. I wtedy wydarzyło się
coś, co bolało niemal równie mocno, jak diagnoza. Część rodziny odwróciła się od nas. Usłyszałam, że jestem
złą matką. Że „pozbywam się dziecka”, oddając je do przedszkola. Że mi się nie chce zajmować
własną córką. Nikt nie widział mojego strachu, bezsilności i walki. Nikt nie widział nocy przerywanych
płaczem i pytań, na które nie znałam odpowiedzi. Znów największym wsparciem była moja „mama”-
teściowa, która nigdy mnie nie oceniała. Była obok, gdy inni odchodzili. Początki w przedszkolu były
trudne. Daria często chorowała i więcej czasu spędzała w domu niż w
grupie. Jednak z czasem zaczęła robić
małe kroki do przodu. Trafiła na cudowne nauczycielki - panią Martę i
panią Alicję - które dały nam ogrom
wsparcia i pokazały jak pracować z dzieckiem ze spektrum. Kiedy Daria miała trzy lata, przeszła
kompleksową diagnozę w poradni autyzmu. Wyniki były bardzo trudne — rozwojowo funkcjonowała wtedy na poziomie
około półtorarocznego dziecka. Jakby tego było mało, podczas badań w Rzeszowie lekarz zauważył coś
jeszcze. Daria miała nienaturalnie rozwiniętą klatkę piersiową. Dalsze badania wykazały
przedwczesne pokwitanie. Hormonalnie jej organizm rozwijał się jak u dziecka. Kolejna diagnoza. Kolejny lekarz.
Kolejny strach. Rozpoczęły się bolesne zastrzyki
podawane co 28 dni, aby zahamować dojrzewanie hormonalne. Były momenty, kiedy
miałam ochotę usiąść i płakać. Kiedy
zastanawiałam się, czy dam radę? Czy wystarczy mi siły? Czy moje dziecko kiedyś
będzie samodzielne? Ale miłość matki potrafi dawać siłę nawet wtedy, kiedy człowiek myśli, że już jej nie ma. Nie
poddałam się. Każdy najmniejszy postęp Darii był naszym wielkim zwycięstwem. Jedno nowe słowo. Jedno spokojne
wyjście z domu. Jeden uśmiech więcej. Ogromnie pomogły nam także zajęcia w domu
w ramach SUO. Przyjeżdżała do nas pani Wiola z
przedszkola — osoba pełna cierpliwości, serca i zrozumienia.
Dziś
Daria ma 15 lat i uczęszcza do SOSW we Frysztaku. Potrafi czasem podejść do
mnie i z uśmiechem powiedzieć: „Mamo, ja
już nie jestem małym dzieckiem. Mam 15 lat i jestem nastolatką”. Wtedy patrzę na nią i nie mogę uwierzyć, jak
szybko minął czas. Dla świata może jest nastolatką. Dla mnie zawsze będzie moim małym cudem.
Dzieckiem, o które walczyłam od pierwszego dnia jej życia.
Mama Darii
Komentarze
Prześlij komentarz